Nowy tydzień zaczynam w pogotowiu i to zerwaniem na wyjazd...po północy. Pan zaprowadził mnie do starszej kobiety z zawałem serca w mieszkaniu z wielkimi obrazami  Matki i Pana Syna!

   W drodze do szpitala odmawiałem koronkę pokoju z różańcem Pana Jezusa. W tym czasie wołałem - z błaganiem Boga Ojca - w intencji b. Jugosławii. Jak wielkim darem jest taka rozmowa (w milczeniu) ze Stwórcą. Przypomniało się poranne odmawianie cz. radosnej różańca, gdy wprost „ujrzałem” Matkę i Józefa niosących Dzieciątko do Synagogi.

  Nigdy nie przypuszczałem, że takim będę! Jak wielka spotkała mnie łaska, że zostałem wyprowadzony ze zbrodniczego życia do drogi, która prowadzi do świętości! Wczoraj uprzytomniłem sobie tą sprawę w czasie tłumaczenia personelowi co oznacza „żywy” i „umarły”.

   Teraz nad chorą głowi się para lekarzy...prawdopodobnie nie mają miejsca, ale ja nie mogę jej zabrać do naszego oddziału wewnętrznego, gdzie nie ma dyżurnego. Nic nie mówiłem, że jestem tam "ordynatorem", a raczej ordynansem. 

   Tuż po przebudzeniu odczuwam radość z wolnej soboty, ale to był początek ciężkiej pracy! Piękna pogoda, słońce, ciepło, a ja zastępuję kolegę w czasie pracy w przychodni (niewolnik). Nie mogłem odmówić, bo to rodzina gen. Dukaczewskiego ("wiecie, rozumiecie").

   Trzeba zrobić obchód, wypisy, a wciąż zaglądają moi pacjenci z przychodni (jeden budynek). Nikomu nie odmówiłem z potrzebujących...nawet kuchnia była zadowolona, gdy mamy dużo chorych.

   Moje serce i duszę zalewał pokój i miłość, które odczuwałem jako promieniowanie idące do splotu słonecznego i rozchodzące się na okolicę serca. To radość, której w żaden sposób nie wyrazisz. W tym czasie prosiłem chorych, aby zwracali się z prośbami do Matki Bożej i Pana Jezusa, bo w ten sposób dowiedzą się o istnieniu Królestwa Bożego.

   Zarazem taka słodycz duchowa zapowiada różne cierpienia, a także atak Bestii z wpuszczaniem niechęci, rozdrażnienie i złości. To jest wojna duchowa miłości z nienawiścią, światłości z ciemnością. Faktycznie nawal chorych trwał do 15.00!

    Nie wiem ile w tym czasie zrobiłem kilometrów, bo byłem spocony, ale spokojny. Wielu pacjentów było „nasłanych” przez „czarnego luda” (Przeciwnika Boga), bo wpadano po recepty, jedna pani siedziała 3 godziny, aby sprawdzić ciśnienie (robi to pielęgniarka), a zbadana babuszka wróciła, bo „czeka na badanie, ponieważ przyjechała wczoraj”. To mogłem wytrzymać tylko dzięki pomocy Matki Pana Jezusa!

- Doktorze, spotkałem wielu lekarzy ponieważ przebywam w szpitalach...pan to jak święty!

    Powiedziałem, że „wykonuję tylko powierzone obowiązki”, ale w duszy wiem co oznacza świętość. Ten mężczyzna o kulach interesuje się sprawami duchowymi, bo jego żona pragnie zdrowie i kocha „ten świat i to życie”. Nawet teraz prosiła o badanie, a przybyła z mężem jako opiekunka. 

- Proszę nic nie badać, bo szkoda czasu (ma 72 lata), za wszystko dziękować, a każdy dzień ofiarowywać w jakiejś intencji. W środku ciała mamy duszę, która wyleci - po naszej śmierci - jak motyl z larwy!

   Radość z umęczenia zepsuła zabłąkana pacjentka, która „źle się czuje i prosi o badanie”... zdenerwowany odesłałem ją do kolegi w pogotowiu, bo miałem jeszcze trzech chorych w oddziale. W sekundce zrozumiałem jak sprytnie badana jest nasza świętość. Przecież pokój w sercu i prawdziwą radość uzyskałbym poprzez uśmiech i jej zbadanie.

   Straciłem radość i spadłem z jednego szczebelka drabiny do Nieba! Kręcę głową, przepraszam Pana za to zachowanie. Jakże poczuła się chora..przeproszę ją, gdy będzie przechodziła obok mojego garażu.

   Jeszcze bardziej to zrozumiałem podczas odmawiania koronki do Miłosierdzia Bożego, bo świętość to służenie bliźnim i poświęcanie się w modlitewnym zjednoczeniu z Panem Jezusem. Jeżeli sam do tego dojdziesz będziesz wiedział - ja przecieram ten szlak!

    Po kojącym śnie i chwilce na działce pędziłem samochodem do kościoła, ponieważ zapomniałem o zmianie godz. Mszy św. Przykro, bo w Domu Pana prawie nie było ludzi.

    Napłynęła osoba prymasa Stefana Wyszyńskiego z jego uwięzieniem w Komańczy i oszukiwaniem, bo sprzątała mu „siostra zakonna”, która godzinami chichotała w kuchni! Wcześniej wzrok zatrzymało pismo, gdzie były wizerunki św. Kazimierza i św. Andrzej Bobola.

   Msza św. była „śpiąca”, a ja pomyślałem o kapłanach, którzy mają zły dzień i są słabi duchowo (jako ludzie), a na których czyha wielkie niebezpieczeństwo ze strony demona, który uderza w nich z całą mocą!  Jak trudno jest l u d z i o m, którzy nie wiedzą, że jest szatan! Szczególnie narażeni są czciciele Matki Pana Jezusa. 

   W czytaniach były słowa o powołaniu Abrahama, a myśl uciekła do mojego powołania z życia ziemskiego do Życia Prawdziwego. Padły też słowa Pana Jezusa, aby „pójścia za Nim”, a to droga do świętości. Tam też były słowa o tych, którzy nie nadają się do Królestwa Bożego („ręka przyłożona do pługa” i „umarli grzebiący umarłych”). To wszystko jest jasne i proste.

   Po Eucharystii padłem na kolana, a łzy zalewały oczy, ponieważ w litanii do Serca Pana Jezusa wołałem: Jezu mój!.. zmiłuj się nad dążącymi do świętości! Nie mogłem wyjść z kościoła...

    Późno, płynie moja modlitwa (z instruktażu), a tuż przed snem padają słowa Pana Jezusa z czytanego „Prawdziwego Życia w Bogu" na zapytanie Vassuli Ryden:

  • Panie, chcesz, aby Twoja łaska uczyniła mnie świętą?

  • „/../..swoboda działania ,która jest ci dana, niech rozbudza w tobie świętość, tę ś w i ę t o ś ć, którą ci dałem, ale której dusze nie umieją już praktykować /../ obudzę tę łaskę, która teraz jest w was uśpiona /../ spraw, aby wszystko było modlitwą /../. Kocham ś w i ę t o ś ć /../ to jest Moim pragnieniem dla wszystkich dusz...

   Padłem na kolana i w ciszy odmówiłem nowennę zawierzenia Najświętszemu. Sercu Jezusa, modlitwę św. Bernarda oraz egzorcyzm do św. Michała Archanioła...

                                                                                                                                     APEL