Po przebudzeniu o 1.00 w nocy napłynęło natchnienie, że jest to pora pojmania Pana Jezusa w Getsemani! Wraz ze śpiewem ptaszków (5.50) zacząłem modlitwy poranne: „za dusze kapłańskie i zakonne”.

    W kontynuowaniu wołania do Boga pomógł daleki wyjazd karetką, a Szatan zalał mnie nienawiścią do pacjenta, której sam nie mogłem opanować. Stąd czasami spotykamy się z taka „pomocą”...teraz, gdy to przepisuję podnosi się śmierć na SOR-ach (szpitalnych oddziałach rozpaczy).

    W tym momencie wspomógł mnie Pan Jezus: „Ja oddałem za niego moje życie”. Tak, tak, przecież Pan Jezus za nas wszystkich oddał życie. Serce zalała wielka radość i moc Boża. Ja uczestniczę w zbawianiu przez moje umieranie z Panem Jezusem! 

    Teraz w przychodni dalej trwałem w bolesnej męce Zbawiciela: „Piłat”, „Biczowanie” z pragnieniem modlitwy, ale pacjenci napadali mnie ze szczególną zajadłością. Nie miałem nawet chwilki wytchnienia: „już jestem rozebrany...blokada, gotowy zastrzyk i chora, która zasłabła”! Zły przysłał też babcię z receptami od 3 lekarzy, która chce ratować zdrowie!

    Teraz pytam narzekającą na nadmiar czasu wolnego: ile tego daru poświęciła pani dzisiaj Matce Pana Jezusa...łzy zalały oczy, a głos załamał się w gardle. W tym czasie mój smutek zwiększała liryczna muzyka Tadeusz Bairda z wiolonczelą, klarnetem i fletem.

   Tak skończyła się siódma godzina pracy, bez wytchnienia, a ja po jej wykonaniu miałem wielką radość z pomagania...poczułem się w Królestwie Bożym...już tutaj. Na ten moment w kościele, od Ołtarza św. padną słowa: nie zaznał odpocznienia...łzy zalały oczy, bo dzisiaj Pan Jezus dał mi to współcierpienie. Eucharystia sprawiła wraz ze ścisłym postem niezwykłe smaki w ustach.

   Napłynęła refleksja, że Bóg Ojciec zesłał nas tutaj z miłości i na poprawę (nawrócenie), dał nam wszystko, bo mamy służyć jedni drugim jako Jego dzieci! Nie ujrzysz cudu Bożego w urządzeniu tego świata...w tym dania nam zatrudnienia. Oto przykład prowokacyjnej rozmowy:

- pani choroby skasowałaby?

- tak, bo ludzie męczą się!

- w takim razie zapytam: co robiłbym jako lekarz, pani mąż jako kierowca karetki, a pani jako urzędnik w zespole opieki zdrowotnej?

- no tak, no tak!

    To zostaje wypaczone, bo panowie tego świata lubią niewolników! Po latach - w ramach buntu - zwolnię się z pracy i przez 2 miesiące będę siedział w domu. Wróciłem upokorzony, bo mogłem stracić ubezpieczenie i wysługę lat.

    W Piśmie Świętym jest mowa o odpoczynku Boga Ojca dnia siódmego po trudzie stworzenia (Rdz 2, 2)...chociaż: „On się nie męczy ani nie nuży” (Iz 40,28). Bracia starsi w wierze biorą wszystko po ludzku i przestrzegają dzień szabatu wpadając w diabelską udrękę (od zachodu słońca w piątek do zachodu słońca w sobotę nie robią nic przypominającego pracę). To głupota duchowa...

   Na pogrzebach także katolików niepraktykujących oraz ateistów praktykujących pada formuła o wiecznym odpoczynku po śmierci. Odpoczynek ten jest traktowany po ludzku, a ja odpoczywam w Bogu podczas ciężkiej pacy.

   Latami napływała „wzmacniająca słodycz”, która była działaniem Ducha Świętego. Wówczas nikomu nie mogłem odmówić. Odpoczynek kojarzy się z bezczynnością. Przecież w Królestwie Bożym czeka nas normalne życie, ale już duchowe (dusz)...

  Po długim śnie przebudziłem się, padłem na kolana i z dziękczynieniem wołałem ze środka duszy: „słodki i dobry jest Pan, Prawdziwy Ojciec”...

                                                                                                                                   APeeL